Awantura o płyty. Są biomasą, czy nie?

Czy setki tysięcy metrów sześciennych pozostałości z produkcji płyt, wkrótce zacznie zalegać na placach magazynowych? Takiego scenariusza obawiają się firmy zrzeszone w Stowarzyszeniu Producentów Płyt Drewnopochodnych. Od kilku miesięcy aktywnie działają, by zmieniono interpretację unijnych przepisów w zakresie możliwości spalania resztek poprodukcyjnych. Chcą, by traktowano je jako biomasę, a nie odpady niebezpieczne.

Problem pojawił się kilku miesięcy temu, gdy instytucje zaczęły robić problemy z wydawaniem pozwoleń emisyjnych i odpadowych. Powodem są niejasne przepisy i – w konsekwencji – różnice w interpretacji organów wydających pozwolenia. Obecnie sytuacja jest następująca – jeśli chciałoby się traktować odpady płyt zgodnie z prawem, to zarówno spalarnie odpadów, jak i inne zakłady spalające resztki poprodukcyjne, musiałyby potwierdzać u marszałków województw przyjęcie do spalania ogromnych ilości surowca. Nie wolno spalać resztek poprodukcyjnych, ponieważ zniknął przepis mówiący o możliwości spalania 1 proc. domieszki odpadów z paliwem. Prawo polskie wskazuje jedynie czystą biomasę jako paliwo. W odróżnieniu od prawa niemieckiego, gdzie jest to wyraźnie wskazane – odpady z płyt, to pełnowartościowe paliwo.

Zanieczyszczona płyta?

Zdaniem członków stowarzyszenia, obecne wątpliwości są zasadne. Ministerstwo Środowiska nie może się zgodzić, żeby odpady potraktować jako czystą biomasę i tym samym dać możliwość spalania w kotłach o małych mocach. Powód? Musiałyby powstać standardy, które sprawiłyby, że spalanie byłoby bezpieczne. Nie chodzi zatem o to, by zalegalizować dziś spalanie odpadów w istniejących kotłach w zakładach stolarskich, ale o określenie takich warunków aby było to możliwe i bezpieczne w przyszłości. Równocześnie, instalacje działające przy zakładach produkcyjnych, nie powinny być traktowane na tych samych zasadach jak spalarnie odpadów.

Pytanie, czy trwająca awantura ma sens. Dlaczego? Główny składnik płyt drewnopochodnych stanowi drewno, które tym różni się od drewna surowego, że jest przetworzone mechanicznie i chemicznie. Zawartość dodatkowych komponentów w postaci utwardzonych żywic klejowych w masie drzewnej wynosi około 10 proc.. Z chemicznego punktu widzenia składniki te nie wprowadzają zatem nowych pierwiastków do płyt drewnopochodnych. Składają się one bowiem z podstawowych pierwiastków, z jakich złożone jest czyste drewno, tj. z węgla, wodoru, tlenu i azotu. Płyty drewnopochodne nie zawierają również związków chemicznych w ilościach większych niż poniżej progu oznaczalności, a uznawanych za produkty niebezpieczne w rozumieniu rozporządzenia Ministra Środowiska z 2004 r. w sprawie warunków, w których uznaje się, że odpady nie są niebezpieczne, a w szczególności fluorowcopochodnych, chlorowcopochodnych i metali ciężkich.

– W przypadku spalania biomasy będącej pozostałościami poprodukcyjnymi płyt drewnopochodnych nie zawierających metali ciężkich i związków fluorowcoorganicznych w przystosowanych do tego typu materiału piecach przemysłowych emisja nie stwarza zagrożenia dla środowiska – podkreśla Jędrzej Kasprzak, prokurent zakup surowca drzewnego i ochrona środowiska, Kronopol Sp. z o.o. i członek stowarzyszenia SPDDwP. I dodaje: Problem mogą natomiast stanowić odpady zwierające metale ciężkie i związki fluorowcoorganicznych, dlatego tak ważna jest kontrola spalania.

Fabryka płyt w Czarnkowie

Prawo prawu nierówne

Źródłem obecnych kłopotów jest implementacja do prawa krajowego Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2010/75/UE z 24 listopada 2010 roku, w sprawie emisji przemysłowych. Skutkiem była zmiana ustawy prawa o ochronie środowiska i ustawy o odpadach. Zdaniem pracowników ministerstwa, wdrożone rozwiązania były koniecznością i zrobiono to dobrze. Nie zgadzają się z tym producenci, którzy nie chcą, by ich instalacje zrównano przepisami ze spalarniami odpadów. Taki scenariusz w konsekwencji oznaczałby konieczność wydania ogromnych pieniędzy na modernizację istniejących kotłów. To możliwe, czego najlepszym przykładem są Niemcy. Problemem jest również nieprecyzyjne i niejednolite definiowanie pojęć w aktach prawa krajowego. Przykład? W dyrektywie zdefiniowano pojęcie biomasy jako odpady drewniane – z wyjątkiem odpadów drewnianych zawierających związki chlorowcoorganiczne. Tymczasem w polskich zapisach dotyczących standardów emisji, biomasę definiuje się jako: odpady drewna i drewno (z wyjątkiem zanieczyszczonego impregnatami (…) itd.). W przepisach krajowych doszło zatem do zawężenia pojęcia „odpady drewniane” obecnego w dyrektywie, do pojęcia „odpadów drewna” w rozporządzeniu z października zeszłego roku. W praktyce oznacza to, że zawężono to pojęcie do pozostałości z drewna litego. Tego kryterium płyty nie spełniają.

– Organom wygodniej jest tak interpretować przepisy, niż dokonać porównania jaki jest skład drewna i wyrobów drewnopochodnych. Poza tym nie ma żadnych standardów emisji dla spalania innych niż czysta biomasa (bez kleju). W Niemczech takie standardy są – ale są bardziej rygorystyczne niż dla czystej biomasy – podkreśla anonimowo jeden z uczestników spotkania w ministerstwie.

Kto na tym straci?

Jeśli podejście do tematu spalania odpadów drewnianych się nie zmieni, może to wpędzić w spore kłopoty nie tylko producentów płyt, ale przede wszystkim przedstawicieli sektora meblarskiego i tartacznego. Branża meblarska liczy obecnie 24 tys. firm na które składają się duzi potentaci, jak i małe rodzinne firmy, zatrudniające od 1 do 10 pracowników. W sumie pracuje tam 150 tys. osób. Każde niekorzystne dla niej uregulowania, jak na przykład konieczność niewspółmiernych do celów ochrony środowiska inwestycji, może wpłynąć niekorzystnie na cenę wyrobów i zakończyć ekspansję branży na rynkach zagranicznych. Warto też podkreślić, że przemysł meblarski potrzebuje źródeł ciepła, które mogą pochodzić ze spalania odsortów z płyt. Stanowi to istotną pozycję kosztów przedsiębiorstwa.